Gdzie oni są? Przyjdą na pogrzeb. Tylko dlaczego nie przyszli wcześniej?

Najdziwniejsze osoby pojawiają się czasem na pogrzebie.

Stoją gdzieś z tyłu, trochę na uboczu, jakby nie byli pewni, czy ktoś ich jeszcze pamięta. Podchodzą do rodziny, ściskają dłonie, mówią, że znali zmarłego od wielu lat. I pewnie mówią prawdę. Tyle że kiedy ostatni raz się z nim widzieli, nikt jeszcze nie myślał o pogrzebie.

Patrząc na takich ludzi, można się czasem zastanowić, ile znajomości umiera dużo wcześniej niż człowiek.

Nie ma kłótni. Nie ma pożegnania. Nikt nie mówi: „To już koniec naszej przyjaźni”. Po prostu któregoś dnia nie dzwonimy. Potem mijają miesiące, później lata, aż w końcu zostaje nam tylko wspomnienie i świadomość, że przecież zawsze można było odezwać się wcześniej.

Bo przecież zawsze jest jakiś powód, żeby jeszcze poczekać.

Pamiętam historię dwóch kolegów, którzy znali się jeszcze z młodości. Przez pewien czas byli niemal nierozłączni. Potem każdy poszedł swoją drogą. Jeden wyjechał, drugi został. Pojawiła się praca, rodzina, dzieci. Kontakt zaczął się rozluźniać, aż w końcu zostało z niego właściwie tylko przekonanie, że przecież kiedyś trzeba będzie się spotkać.

To „kiedyś” trwało kilka lat.

Któregoś dnia jeden z nich dowiedział się, że drugi jest poważnie chory. Pomyślał wtedy, że powinien zadzwonić. Nawet przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć po tak długim czasie.

Nie zadzwonił.

Nie dlatego, że nie chciał. Po prostu tamten dzień nie wydawał się odpowiednim dniem.

A później pojawił się kolejny i następny.

W końcu telefon zadzwonił sam.

Tylko że była to wiadomość o śmierci.

Na pogrzeb przyjechał.

Stał wśród ludzi, których prawie nie znał, i patrzył na trumnę człowieka, z którym kiedyś potrafił rozmawiać godzinami. W pewnym momencie przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę. Nie pamiętał już nawet, o czym wtedy rozmawiali. Pamiętał tylko, że powiedzieli sobie na pożegnanie:

„To musimy się kiedyś spotkać”.

Po latach okazało się, że to „kiedyś” było ich ostatnią rozmową.

Na pogrzebie śmierć robi z ludźmi coś dziwnego.

Nagle spotykają się osoby, które przez lata nie potrafiły znaleźć dla siebie chwili. Stają obok siebie i przypominają sobie człowieka, który jeszcze niedawno był częścią ich życia.

I wtedy okazuje się, że pamięć wcale nie działa tak, jak nam się wydaje.

Można przez dziesięć lat z kimś nie rozmawiać, a mimo to wystarczy jedna chwila, żeby wróciło jego nazwisko, głos, sposób śmiania się albo jakiś zupełnie nieistotny szczegół sprzed trzydziestu lat.

Człowiek stojący przy grobie może nagle przypomnieć sobie, jak tamten kiedyś spóźnił się na pociąg. Albo jak siedzieli razem na ławce. Albo jak pokłócili się o coś, czego dzisiaj żaden z nich nie uznałby za warte pięciu minut rozmowy.

I wtedy przychodzi myśl, która jest chyba najtrudniejsza.

Że można było to wszystko przeżyć jeszcze raz.

Tylko wcześniej.

Bo pogrzeb jest trochę dziwnym spotkaniem.

Wszyscy przychodzą dla jednego człowieka, ale on jest jedyną osobą, która już w nim nie uczestniczy.

Słucha się wspomnień o nim, choć on sam nie może się do nich dopowiedzieć. Patrzy się na zdjęcia, na których jeszcze żyje, i trudno czasem uwierzyć, że twarz z fotografii i człowiek leżący kilka metrów dalej to ta sama osoba.

Ktoś przynosi kwiaty. Ktoś inny mówi rodzinie, że zmarły był dobrym człowiekiem.

I wszystko to jest prawdziwe.

Tylko czasami trudno nie pomyśleć, że znacznie więcej znaczyłaby zwyczajna wizyta kilka miesięcy wcześniej.

Nie wieniec. Nie uroczyste słowa.

Po prostu obecność.

Taka bez okazji.

Może właśnie dlatego śmierć tak bardzo przypomina nam o rzeczach, które za życia wydają się nieważne.

O telefonach, których nie wykonaliśmy, bo był wieczór. O spotkaniach, na które zawsze miało przyjść więcej czasu. O ludziach, których lubiliśmy, ale jakoś zawsze byli poza pierwszym planem naszego życia.

Nie robimy tego ze złej woli. Chyba większość z nas po prostu zakłada, że jeszcze będzie okazja.

I właśnie to założenie jest najbardziej zdradliwe.

Bo dopóki ktoś żyje, jego obecność wydaje się czymś stałym. Możemy się z nim nie widzieć przez rok i nadal mieć poczucie, że przecież nic się nie stało. W końcu możemy zadzwonić jutro.

Dopiero kiedy tego człowieka zabraknie, okazuje się, że „jutro” nie było żadnym terminem.

Było tylko naszym przekonaniem, że przyszłość jest nam coś winna.

Kilka dni po pogrzebie życie wraca do swojego rytmu.

Ludzie znowu zajmują się swoimi sprawami. Ktoś wraca do pracy, ktoś odbiera dzieci ze szkoły, ktoś stoi w korku i zastanawia się, co kupić na kolację.

I tylko czasami, zupełnie bez powodu, przypomina sobie o człowieku, którego już nie ma.

Może wtedy pojawia się lekki żal. Nie o to, że umarł, bo na to nie mamy wpływu. Bardziej o to, że jeszcze za życia był tak blisko, a jednak przez całe lata wydawało się, że mamy na niego czas.

I chyba właśnie dlatego czasem warto pomyśleć o tych, którzy jeszcze mogą odebrać telefon. Nie wtedy, kiedy wydarzy się coś ważnego, ale właśnie w taki zwyczajny dzień, kiedy nic szczególnego się nie dzieje i dlatego wydaje nam się, że z taką rozmową spokojnie można poczekać.

Bo może najgorsze w śmierci nie jest wcale to, że ktoś odchodzi. Najtrudniejsze jest to, ile rzeczy zostawia po sobie, których już nie zdążymy zrobić. Rozmowę, na którą zawsze był jeszcze czas. Spotkanie, które miało wydarzyć się przy najbliższej okazji. Jedno zwyczajne „dobrze, że jesteś”, którego już nigdy nie będzie można powiedzieć.

Później możemy już tylko przyjść na pogrzeb. Stanąć przy trumnie, położyć kwiaty i patrzeć na człowieka, z którym mieliśmy się jeszcze przecież zobaczyć.

I wtedy może po raz pierwszy naprawdę zrozumiemy, że nie brakowało nam czasu.

Brakowało nam pewności, że ten czas jeszcze będzie.

A kiedy już jej zabraknie, nawet całe życie nie wystarczy na jedną, ostatnią rozmowę.