Nie wszystko trzeba naprawiać

W sobotę rano postanowiłem wreszcie zrobić porządek w garażu. Nie był to żaden nagły przypływ energii ani postanowienie, że od dziś będę człowiekiem uporządkowanym. Po prostu szukałem jednej rzeczy, a ponieważ nie mogłem jej znaleźć, uznałem, że najlepiej będzie posprzątać wszystko. Znałem już ten sposób myślenia. Zwykle kończyło się tak, że po kilku godzinach garaż wyglądał podobnie jak wcześniej, za to ja byłem zmęczony i miałem na podłodze jeszcze więcej rzeczy niż przed rozpoczęciem pracy.

Na półkach stały puszki z farbą, pudełka ze śrubkami i gwoździami, których przeznaczenia nie pamiętałem, oraz różne części, które kiedyś do czegoś pasowały. Leżały tam również przedmioty odłożone z myślą, że kiedyś się przydadzą. Niektóre czekały na swoją kolej tak długo, że zdążyłem zapomnieć, dlaczego właściwie je zachowałem.

Mój ojciec miał na takie rzeczy jedną odpowiedź: „A po co to wyrzucać, skoro jeszcze dobre?”. Wypowiadał te słowa z przekonaniem człowieka, który widział już niejeden zepsuty przedmiot i wiedział, że większość z nich da się jakoś uratować. Jeśli krzesło zaczynało się chwiać, należało dokręcić śruby. Jeśli szuflada się zacinała, trzeba było znaleźć przyczynę. A jeśli coś przestawało działać, najpierw się to rozkręcało, dopiero później zastanawiało nad zakupem nowego.

Pamiętam, jak kiedyś naprawiał stare krzesło, które miało już za sobą lepsze lata. Siedział nad nim długo, szukał odpowiednich śrubek, dociskał, poprawiał, aż w końcu uznał, że można na nim bezpiecznie usiąść. Zapytałem go wtedy, czy nie prościej byłoby kupić nowe.

— Nowe też się kiedyś zepsuje — odpowiedział, jakby tym jednym zdaniem zakończył całą dyskusję.

Trudno było się z nim nie zgodzić. Zresztą w tamtych czasach wiele rzeczy rzeczywiście naprawiało się częściej, niż wymieniało. Nie wszystko było dostępne od ręki, a człowiek przyzwyczajał się do przedmiotów, które służyły mu przez lata. Ojciec potrafił przechowywać w garażu części, które dla mnie wyglądały jak kawałki metalu bez żadnej wartości, a dla niego były rozwiązaniem problemu, który mógł pojawić się za pół roku albo za pięć lat.

Z biegiem czasu zauważyłem jednak, że sam zacząłem postępować podobnie, choć nie zawsze miałem ku temu rozsądne powody. Na jednej z półek znalazłem lampę z uszkodzonym przewodem. Obok leżał zegar, który od dawna się spóźniał, a pod ścianą stała niewielka szafka z obluzowanymi drzwiczkami. Każdy z tych przedmiotów można było naprawić. Wystarczyło poświęcić trochę czasu, kupić brakującą część albo znaleźć kogoś, kto znał się na rzeczy.

Tylko po co?

Najbardziej rozbawiła mnie szafka. Przypomniałem sobie, że wyniosłem ją do garażu kilka lat wcześniej, bo miała trafić do innego pomieszczenia. Potem okazało się, że jednak nie pasuje, więc została odstawiona pod ścianę. Później miała być naprawiona, następnie przemalowana, a w końcu po prostu stała się częścią garażowego krajobrazu. Przez te wszystkie lata ani razu jej nie potrzebowałem, ale też ani razu nie uznałem, że można się jej pozbyć.

Zresztą nie trzeba mieć garażu, żeby gromadzić rzeczy, które czekają na lepsze czasy. Wystarczy otworzyć szafę. Wiszą tam ubrania, w których chodziliśmy może dwa razy, ale przecież szkoda wyrzucić, bo były drogie, porządne albo po prostu jeszcze dobre. Niektóre wyszły z mody, lecz zawsze istnieje nadzieja, że moda kiedyś zatoczy koło. I rzeczywiście, czasem wraca, tylko że my zdążyliśmy już zapomnieć o ubraniu, które miało być na tę okazję jak znalazł. Kupujemy więc coś nowego, a stara marynarka nadal czeka, jakby ktoś miał ją kiedyś przeprosić za te wszystkie lata spędzone na wieszaku.

Nie chodziło nawet o pieniądze. Przecież kiedyś już je wydaliśmy, a trzymanie niepotrzebnej rzeczy nie sprawiało, że odzyskiwaliśmy choćby złotówkę. Chyba bardziej chodziło o trudność przyznania, że coś, co miało nam jeszcze posłużyć, nie jest nam już do niczego potrzebne. Łatwiej było zostawić to na później, bo wtedy nie trzeba było podejmować żadnej decyzji.

Właśnie wtedy zadzwonił znajomy. Potrzebował narzędzia do drobnej naprawy przy kranie i zapytał, czy przypadkiem nie mam czegoś odpowiedniego. Oczywiście, że miałem. Prawdopodobnie nawet kilka takich narzędzi, choć znalezienie właściwego mogło zająć mi więcej czasu niż sama naprawa. Umówiliśmy się, że podjadę do niego później, a przy okazji chwilę porozmawiamy.

Zanim odłożyłem telefon, zdążyliśmy jeszcze wymienić kilka zdań o tym, jak trudno znaleźć wolny weekend. Każdy z nas miał listę rzeczy do zrobienia, a niektóre pozycje pozostawały na niej od miesięcy. Wymiana uszczelki, przykręcenie półki, uporządkowanie piwnicy. Niby nic wielkiego, ale kiedy wreszcie pojawiał się wolny dzień, człowiek wolał czasem usiąść i odpocząć, zamiast nadrabiać zaległości, które sam sobie wyznaczył.

Odłożyłem telefon i spojrzałem na garaż. Pomyślałem, że może nie wszystkie rzeczy czekają na naprawę dlatego, że naprawdę warto je naprawiać. Czasem to my potrzebujemy pretekstu, żeby jeszcze się z nimi nie rozstawać. Dopóki coś stoi pod ścianą, wisi w szafie albo leży w pudełku, możemy udawać, że sprawa pozostaje otwarta. Wystarczy przecież znaleźć odpowiednią chwilę.

Ojciec pewnie nie zgodziłby się ze mną do końca. Dla niego naprawianie było czymś więcej niż oszczędnością. Było przyzwyczajeniem, zaradnością i sposobem na radzenie sobie z codziennością. W jego świecie nie wyrzucało się czegoś tylko dlatego, że przestało być idealne. Trzeba było spróbować, poszukać rozwiązania, dać przedmiotowi jeszcze jedną szansę. I jest w tym coś, czego nie chciałbym stracić.

Ale przypomniałem sobie również, ile razy odkładałem własne plany, bo najpierw należało coś naprawić, uporządkować albo doprowadzić do końca. Zawsze znajdowało się coś, co wymagało uwagi. Zawsze można było jeszcze coś poprawić. Czasem miałem wrażenie, że gdybym chciał naprawdę wszystko doprowadzić do porządku, nie starczyłoby mi życia na nic innego.

Tego dnia wyrzuciłem kilka rzeczy, które od dawna nie miały żadnego zastosowania. Nie naprawiłem lampy, nie rozkręciłem zegara i nie zabrałem się za szafkę. Nie zrobiłem też porządku tak dokładnego, jak planowałem. Na półkach wciąż zostały pudełka ze śrubkami, a w kącie kilka przedmiotów, co do których nadal nie byłem pewien.

I chyba nie musiałem być.

Nie wszystko, co stare, jest niepotrzebne, tak samo jak nie wszystko, co da się naprawić, trzeba koniecznie ratować. Czasem warto zachować przedmiot, bo przypomina nam kogoś bliskiego albo wiąże się z historią, której nie chcemy zapomnieć. Innym razem trzymamy go tylko dlatego, że trudno nam powiedzieć sobie, że jego czas już minął.

Z rzeczami jest zresztą łatwiej niż z ludźmi i sprawami, które nosimy w sobie. Wystarczy otworzyć szafę, wynieść pudełko albo zrobić miejsce na półce. Z tym, co niepotrzebnie ciągniemy za sobą przez lata, nie zawsze idzie tak prosto. Ale może i tam czasem warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę jeszcze czegoś potrzebujemy, czy tylko przyzwyczailiśmy się do myśli, że kiedyś może się przydać.

Po południu zamknąłem garaż. Nie wyglądał jak z katalogu, ale przynajmniej można było swobodniej przejść między półkami. Zostało jeszcze sporo do zrobienia, więc pewnie kiedyś znów tam wrócę i coś naprawię. Ojciec byłby z tego zadowolony.

Tym razem jednak nie miałem zamiaru od razu planować kolejnych porządków. Poszedłem do domu, usiadłem na starym krześle i przez chwilę po prostu nic nie robiłem.

Bo nie wszystko trzeba naprawiać. Czasem wystarczy uznać, że coś już nam wystarczająco długo służyło, i pozwolić temu odejść. A potem można spokojnie usiąść, nawet na tym starym krześle, i przez chwilę niczego nie naprawiać.