Ile rzeczy robimy tylko dlatego, że zawsze tak robiliśmy?

Od ponad dwudziestu lat mój poranek wyglądał niemal tak samo. Wstawałem o tej samej porze, piłem kawę, którą najczęściej dopijałem już letnią, bo w międzyczasie zdążyłem sprawdzić wiadomości, i wychodziłem z domu mniej więcej o tej samej godzinie. Żona czasem pytała, czy nie mam dość tej codziennej bieganiny, a ja odpowiadałem, że przecież tak wygląda życie. Trzeba pracować, opłacać rachunki, pilnować swoich spraw. Nie zastanawiałem się nad tym dłużej.

Miałem swoją trasę do pracy, tak dobrze znaną, że potrafiłem powiedzieć, na którym skrzyżowaniu najdłużej czeka się na zielone światło i gdzie lepiej nie jechać prawym pasem, bo zaraz przed maskę wyskoczy ktoś z podporządkowanej ulicy. Droga była sprawdzona, czas dojazdu przewidywalny, a ja nie należałem do ludzi, którzy zmieniają coś tylko po to, żeby sprawdzić, co będzie dalej.

Aż pewnego poniedziałku rano zamknięto ulicę, którą jeździłem do pracy od ponad dwudziestu lat.

Stałem przed znakiem zakazu wjazdu i przez chwilę nie wiedziałem, co zrobić. Za mną ustawił się sznur samochodów, ktoś zatrąbił, więc skręciłem w boczną uliczkę, choć nie pamiętałem, dokąd prowadzi. Przejechałem przez osiedle, na którym dawno nie byłem, minąłem mały park i piekarnię, z której zapach świeżego chleba przypomniał mi czasy, kiedy rano kupowałem bułki dla dzieci. Do pracy dotarłem kilka minut później niż zwykle, ale po drodze zdążyłem zobaczyć więcej niż przez ostatnie miesiące.

Przez cały dzień wracałem myślami do tamtego poranka. Uświadomiłem sobie, że od lat jeżdżę tą samą drogą, choć nigdy nie zastanawiałem się, czy jest najlepsza. Znam każdy zakręt i każdą sygnalizację, a niektóre fragmenty trasy mógłbym pokonać niemal z zamkniętymi oczami. Właściwie podobnie wyglądało moje życie poza samochodem. Po pracy wracałem do domu i siadałem przed telewizorem, choć często nawet nie interesowało mnie, co akurat leci.

Nie zawsze jednak tak wyglądało moje życie. Kiedy zaczynałem pracę w tej firmie, byłem przekonany, że zostanę w niej najwyżej kilka lat. Potrzebowałem pieniędzy, chciałem kupić mieszkanie, a później wychować dzieci i zapewnić im lepszy start, niż sam miałem. Każda wypłata miała wtedy swoje przeznaczenie, a zostawanie po godzinach nie wydawało mi się szczególnym poświęceniem. Robiłem to dla konkretnego celu i wiedziałem, dlaczego warto się zmęczyć.

Dzieci dorosły, mieszkanie dawno spłaciłem, a ja nadal siedziałem przy tym samym biurku. Zmienił się szef, kilka razy zmieniali się współpracownicy, a nawet ekspres do kawy był już trzeci z kolei. Coraz częściej w niedzielę wieczorem myślałem o poniedziałku z niechęcią, której nie potrafiłem już przed sobą ukryć. Nie umiałem jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie miałbym zrobić inaczej.

Kilka dni po tamtym porannym objazdzie spotkałem w sklepie dawnego kolegę, który kilka lat wcześniej odszedł z naszej firmy. Zapytałem go, jak mu się wiedzie, a on opowiedział, że pracuje teraz w niewielkim zakładzie niedaleko domu. Zarabia trochę mniej, ale nie spędza już dwóch godzin dziennie w samochodzie i po pracy ma jeszcze siłę, żeby coś zrobić. Mówił o tym zwyczajnie, bez zachwytu nad własną odwagą i bez przekonywania mnie, że podjął najlepszą decyzję w życiu. Na koniec zapytał, czy ja nadal pracuję w tym samym miejscu.

— Chyba już przywykłem do swojego miejsca — odpowiedziałem i zaraz zmieniłem temat.

Dopiero kiedy wróciłem do domu, pomyślałem o tej rozmowie. Przecież nikt mnie tam nie trzymał. Nie miałem już kredytu do spłacenia ani małych dzieci na utrzymaniu. Kiedyś ta praca była mi potrzebna, żeby osiągnąć konkretny cel. Potem cel został osiągnięty, ale ja zostałem na swoim miejscu, jakbym zupełnie zapomniał, że można jeszcze raz zastanowić się nad tym, czego się chce.

Wieczorem szukałem czegoś w szufladzie biurka i natrafiłem na starą mapę górską. Złożona na kilka części, trochę wytarta na krawędziach, leżała pod dokumentami, których od dawna nie potrzebowałem. Rozłożyłem ją na blacie i od razu przypomniałem sobie, po co ją kiedyś kupiłem. Chciałem zdobyć Koronę Gór Polski.

Pierwszy szczyt zdobyłem dziesięć lat temu. Pamiętam, że po powrocie mówiłem, że następnym razem wybiorę się na kolejny, a potem będę je zdobywał po kolei, w miarę możliwości. Wtedy wydawało mi się, że mam na to mnóstwo czasu. Później były sprawy w pracy, remont mieszkania, dzieci, które trzeba było zawieźć i odebrać, a kiedy wreszcie można było gdzieś wyjechać, zwykle wybieraliśmy coś, co pasowało wszystkim. Nie było w tym nic złego. Tak układało się życie. Tyle że z roku na rok coraz rzadziej wracałem do tamtego pomysłu, aż w końcu przestałem o nim myśleć.

Przesunąłem palcem po mapie i zatrzymałem go na kolejnym szczycie. Nie wiedziałem jeszcze, kiedy tam pojadę ani czy wystarczy mi kondycji, żeby wejść na górę bez zadyszki co kilkaset metrów. Nie miałem też odpowiedniego plecaka, a buty, które kiedyś kupiłem na takie wyprawy, pewnie dawno nadawały się tylko do wyrzucenia.

Przez chwilę pomyślałem, że najpierw muszę wszystko dokładnie zaplanować. Sprawdzić trasę, kupić sprzęt, znaleźć odpowiedni weekend. Potem uśmiechnąłem się do siebie, bo przecież właśnie tak można odkładać coś przez kolejne dziesięć lat.

Odłożyłem mapę, ale tym razem nie schowałem jej do szuflady. Zostawiłem ją na biurku, obok kluczyków do samochodu.

Następnego ranka pojechałem do pracy tą samą drogą co zawsze. Nic wielkiego się nie zmieniło. Tylko wieczorem, kiedy wróciłem do domu, zacząłem sprawdzać, jak dojechać w góry i kiedy najlepiej wybrać się na szlak.

Nie wiedziałem, czy zdobędę wszystkie szczyty. Na razie chciałem zdobyć drugi.