27.09.2026
Kiedyś chciałem, żeby czas płynął szybciej
Kiedy jesteśmy mali, czas ma zupełnie inną prędkość. Siedem lat wydaje się wtedy czymś niewyobrażalnie odległym, niemal jak dorosłość z innego świata. Dziecko nie rozumie jeszcze, dlaczego musi czekać na rzeczy, które dla dorosłych są przecież zupełnie zwyczajne. Nie może samo wyjść z domu, nie może pójść do sklepu, nie może zdecydować, kiedy wróci z podwórka. Wszystko ma swoje „później". „Jak będziesz miał siedem lat i pójdziesz do szkoły, będziesz mógł sam pójść na lody" – mówi mama, a mały człowiek zaczyna czekać. Dla dorosłego siedem lat to kawałek życia, który potrafi minąć szybciej, niż chciałby przyznać. Dla czterolatka jest to jednak prawie wieczność. Dziecko nie ma jeszcze świadomości, jak szybko potrafią zmieniać się kolejne lata. Wie tylko, że bardzo chce być już duże, bo dorosłość oznacza wolność. Wydaje mu się, że kiedy skończy siedem lat, świat nagle stanie przed nim otworem.
Wreszcie przychodzi szkoła i szybko okazuje się, że dorosłość jednak nie przyszła. Pierwsze lekcje ciągną się niemiłosiernie, człowiek patrzy na zegar i zastanawia się, dlaczego wskazówka porusza się tak wolno. Do końca zajęć jeszcze tyle czasu, a do wakacji jeszcze więcej. Wrzesień dopiero się zaczął, więc do czerwca właściwie nie sposób dotrwać. Później przychodzą kolejne klasy, coraz więcej nauki i obowiązków, ale mechanizm pozostaje ten sam: chcemy, żeby coś się wreszcie skończyło. Żeby był piątek, żeby zaczęły się wakacje, żeby skończyła się szkoła. Człowiek jeszcze nie wie, że właśnie przyzwyczaja się do pewnego sposobu patrzenia na życie – że to, co jest teraz, traktuje jako przystanek, a prawdziwe życie ma rozpocząć się dopiero później.
Potem szkoła rzeczywiście się kończy. Zaczynamy pracę, poznajemy kogoś, zakładamy rodzinę. W końcu pojawia się dziecko i wtedy czas znów przybiera zupełnie inną postać. Pierwsze miesiące potrafią dłużyć się niemiłosiernie. Nocne pobudki, płacz, zmęczenie i poczucie, że człowiek od dawna nie przespał spokojnie całej nocy sprawiają, że czasami, choć trudno się do tego przyznać, pojawia się myśl: kiedy ono trochę podrośnie? Może wtedy będzie łatwiej. Może będzie można spokojnie usiąść, przespać noc, wyjechać gdzieś bez całej wyprawy. I rzeczywiście – dziecko rośnie. Tylko że wtedy dzieje się coś, czego młodzi rodzice zupełnie się nie spodziewają. Zaczynają tęsknić za tym, czego jeszcze niedawno mieli dość.
Nagle okazuje się, że małe rączki, które kiedyś nie dawały człowiekowi spać, były częścią czasu, który minął bezpowrotnie. Dziecko przestaje być maluchem, zaczyna mieć własne zdanie, własnych kolegów i coraz mniej potrzebuje rodziców. Pewnego dnia człowiek patrzy na nie i zastanawia się, kiedy właściwie zdążyło tak urosnąć. Przecież dopiero co zasypiało na jego rękach. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę zaczynamy rozumieć, że czas nie jest czymś, co można sobie dowolnie regulować. Kiedy jesteśmy mali, chcemy, żeby przyspieszył. Kiedy wychowujemy dzieci, chcielibyśmy, żeby przyspieszył tylko odrobinę, najlepiej do momentu, w którym zrobi się łatwiej, a potem żeby już się zatrzymał. Tyle że czas nie zna takich umów.
Po czterdziestce zaczynamy zauważać, że coś się zmieniło. Nie w zegarku, lecz w nas. Lato wydaje się krótsze niż kiedyś. Dopiero człowiek sadzi kwiaty w ogrodzie, a już przychodzi czas na jesienne porządki. Wieczory, które jeszcze niedawno były długie i jasne, nagle kończą się znacznie wcześniej. Święta pojawiają się jakby częściej niż dawniej, choć przecież nadal dzielą je te same miesiące. I coraz częściej mamy wrażenie, że dopiero był poniedziałek, a już jest piątek. Weekend zaczyna się wieczorem i kończy, zanim człowiek zdąży naprawdę odpocząć. Potem znowu poniedziałek, praca, zwykłe obowiązki i nagle kolejny piątek. Tygodnie zaczynają się do siebie upodabniać, a miesiące znikają jeden po drugim. Człowiek może przeżyć wiele dni, które niewiele się od siebie różnią, i dopiero pod koniec roku zorientować się, że minęło kolejne dwanaście miesięcy.
Po pięćdziesiątce czas już nie truchta. On naprawdę zaczyna biec. Najdziwniejsze jest jednak to, że przez większą część życia marzyliśmy właśnie o tym, co teraz mamy. Chcieliśmy być samodzielni, mieć własny dom, rodzinę, pracę i możliwość decydowania o sobie. Chcieliśmy skończyć szkołę, przestać pytać rodziców o pozwolenie i wreszcie samemu układać sobie życie. Dostaliśmy tę dorosłość, tylko nikt nie powiedział nam, że będzie tak szybko mijać.
A kiedy człowiek przechodzi na emeryturę, mogłoby się wydawać, że wszystko wreszcie zwolni. Nie trzeba już rano wstawać do pracy, można spokojnie wypić kawę, zrobić zakupy, wyjść do ogrodu i nie patrzeć nerwowo na zegarek. Wreszcie jest czas. Tylko że wtedy odkrywamy kolejny paradoks. Kiedy przestajemy się spieszyć, dni zaczynają się zlewać. Poniedziałek nie różni się już tak bardzo od środy, a niedziela nie jest już końcem weekendu, po którym trzeba wrócić do pracy. Wiosną sadzimy kwiaty, a chwilę później zbieramy jabłka. Człowiek nawet nie wie, kiedy ogród zmienił kolor, kiedy minęło lato i dlaczego znowu trzeba wyjąć z szafy cieplejszą kurtkę.
I wtedy pojawia się pytanie, którego wcześniej właściwie nie zadawaliśmy sobie prawie nigdy: jak to możliwe, że moje życie tak szybko minęło?
Może dlatego, że przez większość tego życia byliśmy zajęci czekaniem. Kiedy byliśmy dziećmi, czekaliśmy, aż będziemy starsi. Później czekaliśmy na koniec szkoły, na własne życie, na moment, w którym wszystko się ułoży. Kiedy pojawiły się dzieci, czekaliśmy, aż trochę podrosną i będzie łatwiej. Potem czekaliśmy na urlop, na spokojniejszy czas, na emeryturę. Ciągle wydawało nam się, że najważniejszy moment dopiero nadejdzie.
A przecież życie nigdy nie zaczyna się później. Ono dzieje się właśnie wtedy, kiedy wydaje nam się, że tylko czekamy. Dzieje się w drodze do szkoły, podczas nocnego wstawania do dziecka, przy zwyczajnej kolacji, w rozmowie z rodzicem, którego głosu kiedyś może nam zabraknąć. Dzieje się również w tych wszystkich zwykłych dniach, które wydają się tak podobne do siebie, że nawet nie próbujemy ich zapamiętać.
Być może właśnie dlatego z wiekiem zaczynamy tęsknić za rzeczami, które kiedyś chcieliśmy przyspieszyć. Za dziecięcym chaosem w domu, za pytaniami, które zadawało dziecko, choć czasami doprowadzały nas do szału, za głosem rodziców, którzy byli przecież zawsze, więc wydawało się, że zawsze będą. Za latem, które kiedyś trwało tak długo, że można było uwierzyć, że nigdy się nie skończy. Czas ma tę okrutną właściwość, że pozwala nam docenić niektóre chwile dopiero wtedy, kiedy już ich nie mamy.
Dlatego może nie warto prosić go, żeby zwolnił. On i tak tego nie zrobi. Nie zatrzyma się dla nas wtedy, kiedy spłacimy kredyt, skończymy remont, przejdziemy na emeryturę albo wreszcie znajdziemy spokojny weekend. Czas nie czeka, aż będziemy gotowi. Możemy jednak nauczyć się czegoś od niego. Zamiast ciągle wypatrywać następnego etapu, warto czasami zatrzymać się przy tym, który właśnie trwa. Usiąść przy stole, kiedy dziecko coś opowiada. Zadzwonić do rodziców bez konkretnego powodu. Wyjść do ogrodu nie dlatego, że trzeba coś zrobić, ale dlatego, że jest ładny wieczór. Zauważyć zwyczajny dzień, zanim stanie się wspomnieniem.
Bo być może największym paradoksem życia jest to, że przez pierwszą jego część robimy wszystko, żeby czas przyspieszył, a przez drugą oddalibyśmy bardzo wiele, żeby choć na chwilę wrócił.
A czasu nie da się cofnąć. Można tylko sprawić, żeby ten, który właśnie mamy, nie przeleciał obok nas niezauważony.
Bo może kiedyś, za dwadzieścia czy trzydzieści lat, spojrzymy wstecz i zrozumiemy, że te dni, które wydawały nam się zwyczajne, były właśnie tymi, za którymi najbardziej będziemy tęsknić.