Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś pierwszy raz?

Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś pierwszy raz?

To pytanie brzmi trochę jak początek reklamy biura podróży albo wykładu człowieka, który właśnie wrócił z Bali i postanowił zmienić całe swoje życie. Nie chodzi mi jednak o skok ze spadochronem ani samotną wyprawę na drugi koniec świata. Mam na myśli coś znacznie prostszego.

Kiedy ostatni raz znalazłeś się w sytuacji, w której naprawdę nie wiedziałeś, co będzie dalej?

Kiedy jesteśmy młodzi, takich chwil mamy mnóstwo. Życie samo dostarcza nam nowych doświadczeń. Pierwszy dzień szkoły, pierwsza praca, pierwsze mieszkanie, w którym człowiek odkrywa, że rachunki niestety nie znikają tylko dlatego, że nie chce się ich otwierać.

Później robi się spokojniej. Znamy swoje trasy, ulubione miejsca, ludzi, z którymi spędzamy czas. Wiemy, gdzie kupić dobrą kawę i którego przycisku w ekspresie lepiej nie naciskać, bo poprzednim razem kuchnia wyglądała jak miejsce eksperymentu chemicznego.

Rutyna nie jest przecież niczym złym. Daje spokój i poczucie, że mniej więcej wiemy, co wydarzy się jutro. Tylko czasami człowiek orientuje się, że życie zrobiło się trochę zbyt dobrze znane.

Te same miejsca, podobne dni, kolejne święta i kolejne wakacje. Nawet zdjęcia z urlopu zaczynają wyglądać tak, jakbyśmy co roku przenosili się w to samo miejsce, tylko zmieniali datę w aparacie.

Może dlatego z wiekiem czas wydaje się płynąć szybciej. Nie dlatego, że zegarek zaczął oszukiwać, choć można mieć takie podejrzenia, szczególnie po czterdziestce. Po prostu coraz mniej rzeczy nas zaskakuje.

I może właśnie dlatego dobrze czasem zrobić coś, czego jeszcze nie umiemy. Nie trzeba od razu kupować biletu do Japonii. Wystarczy pojechać do miasta, w którym nigdy nie byliśmy, wejść do restauracji, którą mijaliśmy od lat, albo nauczyć się czegoś, co zawsze wydawało nam się trochę nie dla nas.

W takich chwilach to my decydujemy. Możemy zrobić krok do przodu albo się wycofać. Możemy spróbować, popełnić błąd, roześmiać się i powiedzieć, że następnym razem będzie lepiej. Nawet jeśli następnym razem oznacza po prostu powrót do tej samej restauracji i zamówienie czegoś, co już znamy.

Przez większą część życia właśnie tak to działa. Zmieniamy pracę, kupujemy mieszkanie, poznajemy ludzi, rozstajemy się, podróżujemy, wracamy. Jedne drzwi otwieramy, inne zamykamy. Czasem sami, czasem z czyjąś pomocą, ale jednak mamy poczucie, że w dużej mierze to my trzymamy kierownicę.

Aż pewnego dnia wydarza się coś, czego nie wybieraliśmy.

I wtedy wszystko, co wcześniej nazywaliśmy zmianą, zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.

Bo można wybrać nowe mieszkanie. Można zmienić pracę. Można spakować walizkę i pojechać tam, gdzie jeszcze nigdy się nie było.

Ale nie można wybrać, że ktoś odejdzie z naszego życia.

Nie można powiedzieć: „jeszcze nie teraz". Nie można przełożyć tego na dogodniejszy termin ani wrócić następnego dnia i sprawdzić, czy może jednak wszystko było tylko złym snem.

I chyba właśnie dlatego żałoba jest tak trudna. Nie jest kolejną zmianą, na którą się zdecydowaliśmy. Jest zmianą, która przychodzi do nas bez pytania.

Najpierw może być telefon, wiadomość, drzwi otwierające się o niewłaściwej porze. A potem zaczyna się zupełnie inna codzienność.

Wracamy do domu i widzimy pusty fotel. Robimy kawę i przez chwilę odruchowo myślimy, że trzeba zapytać, czy druga osoba też chce. Sięgamy po telefon, żeby coś opowiedzieć, a potem przypominamy sobie, że nie ma już do kogo zadzwonić.

To są rzeczy, których nikt wcześniej nie uczy. Nikt nie pokazuje, jak wygląda pierwszy wieczór w domu, w którym nagle brakuje jednej osoby. Jak zachować się przy stole, kiedy jedno miejsce pozostaje puste. Jak przeżyć święta, które przez lata miały dokładnie ten sam rytm, a teraz nagle brzmią inaczej.

I co chyba najdziwniejsze — świat wcale się tym nie przejmuje.

Autobus przyjeżdża o swojej porze. Sklep zamyka się jak zwykle. Ktoś narzeka na pogodę, ktoś spieszy się do pracy, ktoś planuje wakacje. Wszystko działa dalej, choć dla nas przez chwilę powinno przecież stanąć.

Żałoba ma więc także ten wymiar: trzeba nauczyć się żyć w świecie, który wygląda dokładnie tak samo, choć dla nas już taki sam nie jest.

Z czasem człowiek wraca do pracy, robi zakupy, spotyka znajomych, czasem śmieje się naprawdę. Nie dlatego, że przestał pamiętać, ale dlatego, że życie nie pyta, czy jesteśmy już gotowi wrócić.

I wtedy zaczynamy rozumieć coś, czego wcześniej nie widzieliśmy.

Jak wiele rzeczy wydawało się nam oczywistych tylko dlatego, że zakładaliśmy, iż będą dostępne również jutro.

Rozmowa, do której zawsze można wrócić. Telefon, który zawsze można wykonać. Spotkanie, które można przełożyć na przyszły tydzień.

Dopóki naprawdę nie okaże się, że przyszłego tygodnia już nie będzie.

Dlatego może warto czasem zrobić coś, na co od dawna mamy ochotę. Zadzwonić, zamiast pomyśleć: „zadzwonię jutro". Pojechać gdzieś razem, zamiast kolejny raz powiedzieć: „kiedyś się wybierzemy".

Nie dlatego, że każdy dzień musi być wielkim wydarzeniem. To byłoby zresztą strasznie męczące. Czasem człowiek chce po prostu zjeść kanapkę i obejrzeć głupi serial.

Chodzi o coś prostszego.

Żeby nie odkładać na później tych rzeczy, których później może już nie być.

Bo nie wszystko, co wydarzy się w naszym życiu, będziemy mogli wybrać.

Ale dopóki możemy wybierać, warto zrobić ten jeden telefon, powiedzieć to jedno zdanie i znaleźć ten jeden wieczór. Nie dlatego, że jutro na pewno się nie wydarzy. Tylko dlatego, że nie mamy pewności, dla kogo jutro jeszcze będzie.